Kiedy
wyszedł spod prysznica czuł się nieznacznie lepiej. Wytarł ciało ręcznikiem i
rzucił go na stertę brudnych ubrań, które od dłuższego czasu domagały się
uprania, a w tej chwili walały się już praktycznie po całej łazience. Przetarł
zaparowane lustro dłonią, przeczesał mokre włosy palcami i wyszedł z
wypełnionej gorącym powietrzem łazienki. Nago podszedł do okna i otworzył je na
oścież. Powiew świeżego powietrza uderzył momentalnie i pokrył jego ciało gęsią skórką. Zasunął
firankę i postawił na parapecie doniczkę z uschniętym skrzydłokwiatem. Już
dawno miał ją wyrzucić, ale nadal używał jako blokady przed zamykającym się
oknem, a że była ciężka i solidna, doskonale sprawdzała się właśnie w takiej
roli. Z szafy w przedpokoju wyjął podkoszulkę z logo Reserved, chyba ostatnie
czyste majtki oraz skarpetki. Założył je, a następnie wstawił wodę na herbatę.
Wrzucił do szklanki torebkę marketowego syfu i czekając na wodę usiadł przy otwartym oknie
na parapecie. Po przeciwnej stronie ulicy, na przystanku autobusowym, stały
tłumy młodych ludzi w garniturach i garsonkach. W dłoniach podrygiwały im torby
i torebki. Niektórzy z nich nerwowo przechadzali się wzdłuż zatoczki w
przylepionymi do uszu telefonami komórkowymi. Po nerwowych ruchach i ciągłym
zerkaniu w kierunku skąd powinien nadjechać autobus wywnioskował, że ten się
musi już dość znacznie opóźniać. Po przeciwnej stronie ulicy jakaś kobitka
próbował wyjechać zaparkowanym przy krawężniku samochodem. Zważywszy na fakt,
iż samochody były praktycznie wciśnięte na styk miała z tym nie lada problem.
Co rusz wysiadała i sprawdzała, czy aby nie dotknęła innych pojazdów. Adam z
zaciekawieniem obserwował jej poczynania zastawiając się, którego pierwszego
obetrze. Kobieta jednak powoli i z anielską cierpliwością manewrowała i w końcu
po dobrym kilku minutach udało jej się wydostać, co Adam skwitował w myślach
brawami. Tłum na przystanku narastał i widać było gołym okiem, że spóźnia się
już nie tylko jeden. Niektórzy najbardziej zniecierpliwieni sprawdzali zapewne
na rozkładzie jazdy następne połączenia, część zrezygnowana kierowała się w dół
ulicy, pewnie na przystanek tramwajowy – pomyślał Adam. Zgiełk klaksonów wypełniał
całą ulicę, a narastający sygnał zbliżającej się karetki potęgował panujący
chaos. Dzień jak co dzień – skwitował w myślach, po czym wstał i zalał herbatę.
Napój bardzo powoli nabierał barwy i esencji. Musiała się zagotować jak był
zajęty dopingowaniem tej kobiety. Pozostawił herbatę na blacie i podszedł do
lodówki. Otworzył ją na oścież i rzucił okiem na zawartość. Opróżniona w
połowie paczka podsuszanej kiełbasy, kilka podeschniętych plasterków sera
Gouda, do tego praktycznie pusta butelka mleka, kilka liści kapusty pekińskiej
i słoik ze smalcem, który przywiózł od matki jakiś miesiąc temu. Na dolnej
półce stał ponadto praktycznie pusty słoik z dżemem truskawkowym oraz
sześciopak piwa Tyskie. Po wczorajszej imprezie miał jeszcze niewielkie mdłości
więc zrezygnował z robienia sobie kanapek i postanowił wypić tylko niesłodzoną
herbatę. Usiadł w fotelu i zamknął oczy. Niewielkie ćmienie w głowie
przypominało o wczorajszych wyczynach. Próbował sobie przypomnieć jak w ogóle
dotarł z Nowego Światu do domu, ale szybko się poddał. Tego stanu najbardziej
nie lubił. Cofnął się pamięcią do poprzedniego wieczoru i mimo intelektualnego
wysiłku nie pamiętał nic co wydarzyło się po wejściu do lokalu „Cztery dżiny”,
gdzie praktycznie kończyła się każda popijawa. Gwar i hałas dobiegający ze
zewnątrz zdążył go zmęczyć, więc wstał i zamknął okno. Czasem, zwłaszcza gdy
ból głowy dawał znać o sobie, zastanawiał się co go podkusiło, aby szukać
mieszkania do wynajmu w takiej okolicy. Mógł przecież ulokować się gdzieś na
zadupiu Warszawy i czuć się prawie jak na peryferiach, tyle, że dojeżdżałby z
godzinę do centrum. A tu, mimo codziennego harmidru i tłumów przetaczających
się pod oknem jego mieszkania na drugim piętrze, miał dosłownie pod nosem
przystanek autobusowy, a i do tramwajowego szybkim krokiem szedł trzy minuty.
Głównym jednak powodem takiej lokalizacji był koszt wynajmu, a w drugiej
kolejności całkiem znośny dojazd do pracy. Właśnie praca. Odkąd trzy tygodnie temu
wyszedł z biurowca nawet raz nie zadzwonił i nie kontaktował się z nikim. Dał
sobie jakiś czas oddechu, a w sumie nie brakowało mu tego pseudo kontaktu, tego
pędu i walki o jak najlepsze miejsce w hierarchii Ryśka. Wydawało mu się to
jakieś takie odległe i jakby z innej
rzeczywistości, którą teraz zastąpił permanentnym kacem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz