środa, 23 stycznia 2019

Rozdział IV - Adam - część pierwsza


Kiedy wyszedł spod prysznica czuł się nieznacznie lepiej. Wytarł ciało ręcznikiem i rzucił go na stertę brudnych ubrań, które od dłuższego czasu domagały się uprania, a w tej chwili walały się już praktycznie po całej łazience. Przetarł zaparowane lustro dłonią, przeczesał mokre włosy palcami i wyszedł z wypełnionej gorącym powietrzem łazienki. Nago podszedł do okna i otworzył je na oścież. Powiew świeżego powietrza uderzył momentalnie  i pokrył jego ciało gęsią skórką. Zasunął firankę i postawił na parapecie doniczkę z uschniętym skrzydłokwiatem. Już dawno miał ją wyrzucić, ale nadal używał jako blokady przed zamykającym się oknem, a że była ciężka i solidna, doskonale sprawdzała się właśnie w takiej roli. Z szafy w przedpokoju wyjął podkoszulkę z logo Reserved, chyba ostatnie czyste majtki oraz skarpetki. Założył je, a następnie wstawił wodę na herbatę. Wrzucił do szklanki torebkę marketowego syfu  i czekając na wodę usiadł przy otwartym oknie na parapecie. Po przeciwnej stronie ulicy, na przystanku autobusowym, stały tłumy młodych ludzi w garniturach i garsonkach. W dłoniach podrygiwały im torby i torebki. Niektórzy z nich nerwowo przechadzali się wzdłuż zatoczki w przylepionymi do uszu telefonami komórkowymi. Po nerwowych ruchach i ciągłym zerkaniu w kierunku skąd powinien nadjechać autobus wywnioskował, że ten się musi już dość znacznie opóźniać. Po przeciwnej stronie ulicy jakaś kobitka próbował wyjechać zaparkowanym przy krawężniku samochodem. Zważywszy na fakt, iż samochody były praktycznie wciśnięte na styk miała z tym nie lada problem. Co rusz wysiadała i sprawdzała, czy aby nie dotknęła innych pojazdów. Adam z zaciekawieniem obserwował jej poczynania zastawiając się, którego pierwszego obetrze. Kobieta jednak powoli i z anielską cierpliwością manewrowała i w końcu po dobrym kilku minutach udało jej się wydostać, co Adam skwitował w myślach brawami. Tłum na przystanku narastał i widać było gołym okiem, że spóźnia się już nie tylko jeden. Niektórzy najbardziej zniecierpliwieni sprawdzali zapewne na rozkładzie jazdy następne połączenia, część zrezygnowana kierowała się w dół ulicy, pewnie na przystanek tramwajowy – pomyślał Adam. Zgiełk klaksonów wypełniał całą ulicę, a narastający sygnał zbliżającej się karetki potęgował panujący chaos. Dzień jak co dzień – skwitował w myślach, po czym wstał i zalał herbatę. Napój bardzo powoli nabierał barwy i esencji. Musiała się zagotować jak był zajęty dopingowaniem tej kobiety. Pozostawił herbatę na blacie i podszedł do lodówki. Otworzył ją na oścież i rzucił okiem na zawartość. Opróżniona w połowie paczka podsuszanej kiełbasy, kilka podeschniętych plasterków sera Gouda, do tego praktycznie pusta butelka mleka, kilka liści kapusty pekińskiej i słoik ze smalcem, który przywiózł od matki jakiś miesiąc temu. Na dolnej półce stał ponadto praktycznie pusty słoik z dżemem truskawkowym oraz sześciopak piwa Tyskie. Po wczorajszej imprezie miał jeszcze niewielkie mdłości więc zrezygnował z robienia sobie kanapek i postanowił wypić tylko niesłodzoną herbatę. Usiadł w fotelu i zamknął oczy. Niewielkie ćmienie w głowie przypominało o wczorajszych wyczynach. Próbował sobie przypomnieć jak w ogóle dotarł z Nowego Światu do domu, ale szybko się poddał. Tego stanu najbardziej nie lubił. Cofnął się pamięcią do poprzedniego wieczoru i mimo intelektualnego wysiłku nie pamiętał nic co wydarzyło się po wejściu do lokalu „Cztery dżiny”, gdzie praktycznie kończyła się każda popijawa. Gwar i hałas dobiegający ze zewnątrz zdążył go zmęczyć, więc wstał i zamknął okno. Czasem, zwłaszcza gdy ból głowy dawał znać o sobie, zastanawiał się co go podkusiło, aby szukać mieszkania do wynajmu w takiej okolicy. Mógł przecież ulokować się gdzieś na zadupiu Warszawy i czuć się prawie jak na peryferiach, tyle, że dojeżdżałby z godzinę do centrum. A tu, mimo codziennego harmidru i tłumów przetaczających się pod oknem jego mieszkania na drugim piętrze, miał dosłownie pod nosem przystanek autobusowy, a i do tramwajowego szybkim krokiem szedł trzy minuty. Głównym jednak powodem takiej lokalizacji był koszt wynajmu, a w drugiej kolejności całkiem znośny dojazd do pracy. Właśnie praca. Odkąd trzy tygodnie temu wyszedł z biurowca nawet raz nie zadzwonił i nie kontaktował się z nikim. Dał sobie jakiś czas oddechu, a w sumie nie brakowało mu tego pseudo kontaktu, tego pędu i walki o jak najlepsze miejsce w hierarchii Ryśka. Wydawało mu się to jakieś takie odległe i jakby z  innej rzeczywistości, którą teraz zastąpił permanentnym kacem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz