czwartek, 17 stycznia 2019

Rozdział II - Adam - część pierwsza


  

   Obudził go potworny ból głowy. Rozrywający i przeszywający na wskroś jakby setki słoni waliło od wewnątrz, aby się wydostać. Nie mógł otworzyć oczu. Nie mógł mrugnąć, aby zetrzeć zaćmienia przesłaniającego widok. Powoli i metodycznie podźwignął się na łokcie. Myślał ,że zrobił to spokojnie i z pełną kontrolą, ale mylił się. Ból w głowie eksplodował z taką siłą, że opadł bezwiednie na łóżko. Nie był w stanie kontrolować swojego organizmu. Odkąd popłynął w zeszłym tygodniu i wpadł w ciąg całodobowych imprez, litrów wszelakich alkoholi, przelotnych znajomości stracił praktycznie poczucie czasu. Zacisnął powieki i spróbował skupić się na jednej rzeczy.  

 – Kurwa, na czym – mózg błądził i próbował połączyć się z kończynami. Jeszcze mocniej zacisnął powieki i powoli podniósł dłonie do głowy. Kojarzył,  że uciśnięcie w miejscu bólu powinno go zmniejszyć. Teoretycznie. Powoli i delikatnie wyszukał palcami wskazującymi miejsce, gdzie powinno znajdować się źródło jego cierpienia. Przycisnął  palce do głowy i zaczął ruchami kołowymi rozmasowywać czaszkę. Ból był nie do zniesienia. Liczył, że w końcu nacisk zacznie działać, ale przeliczył się. Wzbierające mdłości oraz wibrująca w żołądku zawartość wczorajszych eskapad ujrzała światło dzienne. Ulga jaką to przyniosło była w tym momencie bezcenna. Adam opadł na łóżko i po chwili zapadł w sen, sen niespokojny i przerywany torsjami podczas którego nic mu się nie śniło. 
     Kiedy ponownie otworzył oczy było już po szesnastej. Usiadł na krawędzi łóżka i przetarł twarz. Poszukał dłonią okularów i znalazł je tu obok pomiętej poduszki, z której poszewka została ściągnięta walając się po podłodze. Omiótł wzrokiem swoje poranne  dokonania. Wymioty były praktycznie wszędzie. Zielony dywanik pokryty był zakrzepłymi kawałkami czegoś co poprzedniego wieczoru smakował z taką przyjemnością. Na ścianie sąsiadującej z drzwiami zastygłe plamy świadczyły o sile natury. Pojedyncze fragmenty niestrawionego pokarmu znajdowały się nawet w przedpokoju, a to już był wyczyn. Powoli podniósł się z posłania i opierając o ścianę omijając kałużę na podłodze przeszedł do łazienki. Głowa go bolała, ale to nie był już ten poranny zabójczy uścisk. Zapalił światło i spojrzał w lustro wiszące nad zlewem. Lata ciągłego picia zrobiły swoje, a ostatnie wyczyny jeszcze pogłębiły jego stan. Zapadłe policzki idealnie współgrały z pomarszczonym czołem. Podsiniałe i przekrwione oczy oraz rozszerzone pory, mimo jego niespełna trzydziestu pięciu lat postarzały go o dobrych kilka wiosen. Potargane i nie myte od wielu dni włosy z jednym miejscu przylegały do skóry głowy i czoła, w innym sterczały jak żagiel na wietrze. Kiedy ostatnio się golił?  Nie pamiętał. Czy było w  tym tygodniu czy może jednak w zeszłym. Nieistotne. Te jego tygodniowe pijackie amoki powtarzały się coraz częściej. Jeszcze jakiś czas temu zdarzało mu się mieć trzydniówki, ale po nich przez kolejne dni, a nawet tygodnie nie miał potrzeby upijania się i dzielnie odmawiał wypadu na spontaniczne imprezy. Jednak od kiedy jego pracodawca wprowadził sabbatical z nieskrywaną radością skorzystał z możliwości półrocznego płatnego urlopu. Niby miał wielkie plany na ten czas. Po pierwsze chciał się w końcu wyspać. Tak, to był cel nadrzędny. Postanowił, że przez pierwszy tydzień nie będzie wychodził z mieszkania. Wstanie przed południem, zamówi sobie obiad z dostawą pod drzwi i będzie się krzątał bez celu. W końcu nie myśląc o pracy, która w ostatnich miesiącach przed fuzją jego banku z państwowym potentatem praktycznie nigdy nie miała końca. Spotkania, meetingi, calle i permanentne wyjazdy to do Wrocławia to znów do Gdańska rozbijały jego jakiekolwiek plany. I żeby był chociaż jakimś istotnym ogniwem w tym całym tyglu. Ale nie. Nadal piastował stanowisko starszego specjalisty, siedział na openie i harował jak wół po dziesięć godzin dziennie, niejednokrotnie spędzając w pracy nawet pół doby. Wychodził po dziewiętnastej i zanim dojechał  do wynajmowanego na Pradze mieszkania było po dwudziestej. Ale to nie wszystko. Często zanim zjadł kolację był już po rozmowie z szefem, który liczył, że od rana lub często na rano będzie przygotowany jakiś slajd bądź analiza. I tak zamiast zajęcia się sprawami bieżącymi i domowymi spędzał kolejne godziny przez ekranem laptopa, ale akceptował to i przynajmniej do pewnego momentu traktował, a nawet uważał za jedyną drogę do wybicia się w tym gąszczu równie ambitnych korpo szczurów. Wierzył nawet, że jego doświadczenie zawodowe, w porównaniu do opanowujących w zadziwiająco szybkim tempie wolne etaty młodych po studiach daje mu przewagę. Jakże się mylił. Mijały miesiące, a on z niezłomną fantazją oddawał firmie całego siebie. Nikt przecież nie pracował tyle co on. Nie przejmował się nawet docinkami współpracowników w jego kierunku, że chyba na starość to jednak człowiek zaczyna wolniej kojarzyć fakty i te drwiące i pobłażliwe spojrzenia absolwentów SGH, czy Koźmińskiego. Fakt, był starszy kilka lat, ale nie czuł się gorszy, mniej mobilny czy świadomy. Na prośbę szefa poświęcił nawet zabawę sylwestrową, aby czuwać nad wdrożeniem zmian do systemów. W sumie to i tak nie miał go z kim spędzić, a domówka z kilkoma znajomymi z siłowni w porównaniu do szansy szybkiego awansu wypadała blado. Przesiedział więc praktycznie bezczynnie dwanaście godzin ostatniego dnia grudnia otoczony czarnymi ekranami  i tylko umieszczony w kącie czujnik ruchu swoim czerwonym monotonnym światłem mrugał do niego beznamiętnie. Przez okna na trzecim piętrze poobserwował nadejście nowego roku, dziesiątki punktów skąd wystrzeliwały w niebo różnokolorowe fajerwerki i około drugiej w nocy opuścił posterunek. Po drodze wybrał numer do szefa i zadzwonił, ale po kilkunastu sygnałach przerwał połączenie. Zastanowił się, że jednak jakiś sygnał musi zostawić i poinformować o braku problemów, więc zadzwonił jeszcze raz, odczekał aż włączy się automatyczna sekretarka i nagrał krótką wiadomość, że wszystkiego dopilnował i życzył Szczęśliwego Nowego Roku. Wrócił do domu około trzeciej i położył się spać. Spał krótko. Wstał po siódmej i od razu chwycić na komórkę, aby sprawdzić, czy szef odpisał. W skrzynce odbiorczej nie było jednak wiadomości od niego, co po chwili zastanowienia uznał za normalne. Przecież bawił się na balu, pewnie do samego rana i teraz odsypia. Przez cały dzień, co jakiś czas, sprawdzał połączenia i wiadomości, ale otrzymał tylko życzenia od brata, który jak napisał „zajebiście się bawi. Są laski i niech się trzyma w tej swojej Warszawie”, od matki, która życzyła mu zdrowia i sukcesów. Oczywiście nie omieszkała ze znaną sobie dosadnością i uszczypliwością wytknąć mu brak zainteresowania rodziną i zaślepienie warszawską karierą. 
    Ile razy tłumaczył, że jest na takim etapie swojej drogi zawodowej, że musi się teraz skupić na karierze i celach, ale jak tylko zostanie managerem to wszystko się zmieni i będzie częściej gościł rodzinnym domu. Wieczorem znów nagrał się na automatyczną sekretarkę szefa niby pod pretekstem, ze nie jest pewien, czy poprzednia dotarła, co nawet jemu wydawało się mocno naciągane, ale bardziej liczył, że wywoła to reakcję przełożonego. Nie wywołało.

CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz