wtorek, 31 grudnia 2019

Rozdział V - Anna


Dzień minął szybko i w miarę spokojnie. Nawet pani Barbara, której wizyty obawiała się Anka, o dziwo zachowywała się spokojnie. Widać było, że coś ją trapi i zaprząta głowę. Próbowała dyskretnie zagaić, ale była aktorka nie przejawiała chęci i ochoty do zwierzeń i dywagacji. Wszelkie pytania zbywała machnięciem ręki, a po pobraniu wycisku pod koronkę szybko zapłaciła, wpisała się na kolejną wizytę za dwa tygodnie w czwartek, wybrała numer i zamówiła taksówkę. Czekając na kierowcę przeglądała pobieżnie jakiś periodyk, leżący na stoliku w poczekalni, zapewne błądziła myślami gdzieś pośród swoich problemów. Anna widząc wycofanie klientki i niechęć do rozmowy postanowiła nie przeszkadzać i zajęła się sprawdzaniem szafy z lekami. Niezręczną ciszę, ku zadowoleniu Anki, przerwało wejście kolejnego klienta, który przywitał się i po potwierdzeniu terminu wizyty udał się do gabinetu. W międzyczasie pani Barbara wyszła mrucząc pod nosem „do widzenia”. W gabinecie znów zapanowała cisza wypełniana jedynie odgłosami pracy lekarzy.
- Pani Elu. Ja już będę jechała –powiedziała w kierunku recepcjonistki, która wprowadzała jakieś informacje do systemu, po czym skierowała się do swojego biura, aby zabrać torebkę. Przejrzała się w lustrze, przygładziła ubranie i stwierdziła, że wygląda w porządku. Rozpuściła włosy, rozczesała i ponownie związała w kucyk. Zgarnęła z biurka kluczyki do auta oraz segregator, wyłączyła monitor  i wyszła zamykając drzwi na klamkę.
- Pani Aniu, przypominam o jutrzejszym spotkaniu na jedenastą w Urzędzie Miasta – pani Ela podniosła wzrok znad monitora.
– Pamiętam, pamiętam – odpowiedziała i skinęła głową na do widzenia.
– Powodzenia – dodała  nie przerywając pracy.
- Oj przydałoby się – stwierdziła Anka, ale te słowa nie dotarły już do recepcjonistki. Wsiadła do stojącego przed budynkiem BMW , położyła torbę na siedzeniu pasażera i wyjęła telefon. Włączyła kalendarz i sprawdziła plany na popołudnie. Na siedemnastą miała zarezerwowaną wizytę w gabinecie kosmetycznym, a na dziewiętnastą  spotkanie z trenerem personalnym, z którym miała ustalić harmonogram na kolejny tydzień. Spojrzała na krwistoczerwone paznokcie i stwierdziła, że rzeczywiście hybrydy wymagają niewielkiej korekty i uzupełnienia. Czytała w zeszłym tygodniu o potencjalnym wpływie manicure hybrydowego na powstawanie czerniaka podpaznokciowego, ale jakoś nie chciało jej się w to wierzyć, zwłaszcza że od kiedy zaczęła stosować ten ultra wytrzymały sposób malowania, przestała praktycznie przejmować się możliwością powstania odprysków czy zbyt szybkiego starcia powłoki. Poprawiła czerwoną szminką usta i schowała wszystko do torebki. Odpaliła samochód przyciskiem start/stop i wyjechała na drogę. Przejeżdżający obok stary, zdezelowany samochód wydał z siebie huk, a z rury wydechowej uniósł się obłok czarnego dymu. Szybko przełączyła nawiew na wewnętrzny i skręciła w lewo w kierunku ulicy Izy Zielińskiej. W tylnym lusterku zauważyła chmarę ptaków, które zerwały się z pobliskich drzew wystraszone hukiem. Przejechała przez skrzyżowanie i przypomniała sobie, że musi jeszcze kupić w drogerii jakiś prezent na urodziny matki, które miały odbyć się w tą sobotę. Mimo, że lubiła te rodzinne spotkania często kończyły się one sprzeczkami i niekończącymi się wypominaniami. Jakby tego było mało Jacek nie cierpiał pojawiać się w mieszkaniu jej matki psiocząc i narzekając na ciasnotę i ogólną biedę jaka tam panowała, czym prowokował do kolejnych spięć i konfliktów. Nie pamiętała chyba żadnego spotkania, które zakończyłoby się spokojnie i bez niepotrzebnych awantur także czasem wolałaby iść sama, ale nie po to byli małżeństwem argumentowała, aby chodzić osobno zwłaszcza, że ona też nigdy nie została w pełni zaakceptowana przez jego rodzinę, słuchając czasem docinek jego starszego brata, zwłaszcza gdy wypił i puszczały mu hamulce.

Rozdział IV - i dalej

Musiał się przewietrzyć. Wstał więc, ubrał się i wyszedł na pustą w tej chwili ulicę. Rozejrzał się i stwierdził, że podejdzie przy okazji do Żabki, aby kupić coś na kolację. Wybrał paczkowany ser Gouda, żywiecką podsuszaną w plasterkach, bochenek czegoś co miało przypominać chleb, a przy niewielkim nacisku reagowało widocznymi wgnieceniami, które nie chciały wrócić do pierwotnego stanu oraz dwa słoiki z klopsikami oraz gołąbkami na jutrzejszy obiad. Jakby zobaczyła go matka to złapałaby się za głowę, po pierwsze, że marnotrawi pieniądze w najdroższym sklepie w okolicy, gdzie praktycznie nikt o zdrowych zmysłach nie kupuje niczego poza alkoholem, po drugie z powodu zjadania wysoce przetworzonych produktów, które w końcu go zabiją, albo w najlepszym wypadku doprowadzą do problemów zdrowotnych bądź jak u wujka Edka uaktywnią nowotwór, który szybko wpędzi go do grobu. W takich chwilach cieszył się, że kontakt z rodzicielką ma ograniczony do minimum. No właśnie to minimum miało wkrótce nastąpić gdyż wielkimi krokami zbliżało się doroczne spotkanie rodzinne, o którym raczyła mu przypomnieć w zeszły wtorek, jak zwykle pretensjonalnie, podnosząc mu przy tym ciśnienie.
Po drodze do kasy zabrał jeszcze dwa piwa, tak na zapas, i lawirując pomiędzy rozstawionymi w przejściu koszami z przecenioną żywnością położył na ladzie zakupy.
-Zapłacę kartą – wyjmując z kieszeni plastikowy zastępnik pieniądza wyrzucił przy okazji z kieszeni na podłogę pomięty kawałek papieru. Podniósł go i rozwinął, aby sprawdzić, czy nie jest to czasem potwierdzenie zakupu, które w przypadku reklamowania jakiegoś towaru będzie mu niezbędne, ale kwota widniejąca na świstku papieru nie była tą jaką ostatnio wydał na jakąkolwiek z rzeczy. Powiódł wzrokiem ku górze rachunku i już wiedział. Zimny pot wystąpił mu na czoło.
- O kurwa.  Para stojąca za nim przerwała rozmowę odwracając się w jego kierunku. Ekspedientka podniosła oczy znad kasy obrzucając go znudzonym wzrokiem, po czym wróciła do nabijania towarów. Adam podniósł rękę w geście przeprosin. Na rachunku widniała niebagatelna kwota tysiąca sześciuset osiemdziesięciu złotych wydana w dniu wczorajszym. Schował go do kieszeni, dołożył kartę do terminalu, zebrał wszystkie zakupy, a na pytanie młodej, podobnej do Fiony ze Shreka sprzedawczyni, czy nie potrzebuje torebki, machnął rękę i skierował się szybkim krokiem do mieszkania. Lawirując z zakupami w dłoni spróbował otworzyć drzwi. Niestety upuścił zakupione rzeczy na korytarzu. Jedna z butelek upadla na wycieraczkę i potoczyła się w kierunku drzwi sąsiadki. Zablokował ją odruchowo nogą, co odwróciło jego uwagę od drugiej, która wolno zmierzała w kierunku schodów, zawisła nad pierwszym z nich jakby zastanawiając się czy zrobić mu tą przykrość i pozbawić go połowy dzisiejszych zapasów, a następnie spadła z wysokiego na prawie stopę stopnia, rozbijając się w głośnym hukiem. Spienione piwo popłynęło w dół tworząc strumień przywodzący na myśl rwącą rzekę z kolejnymi kaskadami wodospadów. Adam szybko otworzył drzwi i zostawiwszy zakupy pod drzwiami wbiegł do łazienki po mopa. Napuścił do wiadra wody i wyskoczył na korytarz, gdzie oparta o futrynę stała już sąsiadka z naprzeciwka obserwująca z dezaprobatą jak Adam próbuje zatamować spadający na kolejne stopnie płyn.

- Tylko żeby smród nie został po tym… o – wskazała głową – trzeba to dobrze wytrzeć, bo później śmierdzi jak na melinie – dodała kiwając z dezaprobatą głową.
Jakby tu wcześniej nie śmierdziało, Adam zakpił w myślach, zerkając z dołu na wychylająca się przez poręcz wścibską babę, której pożółkłe od tysięcy wypalonych papierosów palce oplotły metalowe pręty, a przepity i zachrypnięty głos oraz pomarszczona twarz, z której biły, bardziej żałością po straconym piwie niż złością, przekrwione i podsiniałe oczy nadawała jej wyraz persony wyjętej jakby z przejścia podziemnego na Dworcu Centralnym.
  – Tak wiem – Adam z wymuszonym uśmiechem spojrzał na nią, dalej zgarniając i wyciskając do wiadra posokę.
- No, bo tu porządni ludzie mieszkają – dodała jakby nie wierząc w swoje słowa skierowała się do własnego mieszkania zostawiając jednak niedomknięte drzwi, aby nie pozbawiać się możliwości świdrowania wzrokiem. Po kilku minutach i kilkunastu wyciśnięciach wrócił do mieszkania i zamknął drzwi wejściowe wpierw posyłając szeroki uśmiech babsku, jak ją nazywał i chociaż chętnie odpysknął by jej i kazał nie wtrącać się w nie swoje sprawy miał trochę oleju w głowie. Widział bowiem niejednokrotnie wpadających, z tego co wywnioskował chyba do matki bo zwracali się do niej z pewną dozą szacunku, dwóch około dwudziestoletnich, łysych i napakowanych typów, z których ulanych twarzy biła zwierzęca dzikość, a z którą nie miał zamiaru zadzierać. Musiał więc, mimo permanentnej niechęci do sąsiadki uśmiechać się i grać miłego współmieszkańca, a na każdą jej agresję reagować spokojem.
Odstawił sprzęt do łazienki. Wodę wyleję później, pomyślał i od razu wyciągnął z kieszeni pomięty rachunek. Rozprostował go i powiódł palcem po pozycjach. Większość stanowiły piwa w ilości sześćdziesięciu dwóch sztuk. Odetchnął z ulgą. Pewnie zgarnął jakiś leżący na kontuarze jak wychodził. Kilkanaście paczek chipsów i 12 butelek Pana Tadeusza zamykało listę. To nie mógł być jego. Próbował sobie przypomnieć cokolwiek z wczorajszej nocy, ale pojawiały się tylko strzępy obrazów, których sam nie był pewien, czy czasem nie są retrospekcją którejś z wcześniejszych suto zakrapianych imprez. Aby rozwiać wątpliwości zalogował się na stronę internetową swojego banku i już wiedział, że ta noc była chyba najdroższą w jego jakże marnym i mógł to przyznać, uzależnieniu.